- Słuchaj, spotykasz się jeszcze z tą fajną blondynką?
- Nie, nie to już skończone.
- A co się stało?
- Ona była jakaś dziwna.
- Ale co, chciała żebyście biegali na golasa po ulicach?
- Nie, lubiła country!
- I to jest takie dziwne?
- No stary! A znasz kogoś kto ma chociaż jedną płytę country?
No właśnie, nikt nie ma, a większość ludzi zarzeka się, że absolutnie nie lubi tej muzyki, a wręcz nią gardzi. Jednak ta sama grupa ludzi muzyki tej po prostu nie zna!
Utarło się pojęcie, że country jest do niczego, przy czym rzadko kiedy słyszy się jakiekolwiek sensowne argumenty za takim podejściem. Nie chodzi wszak o to, że jest to muzyka folkowa, bo wiele jej odmian, jak muzyka cygańska, czy latynoamerykańska znajdują rozlicznych fanów. Nie chodzi o to, że jest ona stosunkowo mało skomplikowana muzycznie, bo nasza rodzima muzyka rockowa jest znacznie prostsza (żeby nie powiedzieć prostacka – przepraszam wszystkich fanów!). Nie zniechęca również kwestia stosunkowo mało ambitnych tekstów, bo po pierwsze nie wiele osób wsłuchuje się w słowa piosenek (zwłaszcza tych śpiewanych w obcym języku), a po drugie country traktuje o życiu, miłości, przyjaźni, czy marzeniach i jeśli ktoś uznaje te sprawy za nie warte napisania piosenki, to niech nie czyta dalej mojego wpisu!
Oczywiście można by podnieść argument upodobań, gustów muzycznych, a o tych jak wiadomo się nie dyskutuje. Jeśli jednak, ktoś – jak bohater mojego męsko-męskiego piwnego dialogu – chce powiedzieć, że nie lubi słuchać country, bo mu się po prostu nie podoba, niech wprzódy da cowboy’om szansę! Innymi słowy chciałabym Was zachęcić do prawdziwego „posłuchania” country! A jak wiadomo jest w czym wybierać.
Absolutnie nie zamierzam opowiadać o odłamach, na które muzyka ta się dzieli, ani też nie będę przytaczać genezy i historii country. Od zawsze bowiem uważam, że wiedza encyklopedyczna przeszkadza w słuchaniu muzyki, które z racji zaangażowania zmysłów i przekazywania bodźców do wnętrza ciała winno być ogólnoustrojowym odczuwaniem, wolnym od „rozumnej” pracy umysłu.
To na co chcę zwrócić Waszą uwagę, to m.in. wokale. Wydają się monotonne i dość ograniczone, jeśli chodzi o rozpiętość skali muzycznej, ale za to jak brzmią! Dziewczyny i kobiety śpiewające country mają w gardłach porządne instrumenty (które brzmią trochę jak dzwoneczki), a do tego śpiewają w bardzo specyficzny i trudny do powtórzenia sposób (polecam próbę!). Każda dobrze zaśpiewana i osadzona w stylu piosenka jest wyśpiewaną historią, a dobry wokalista country jest opowiadaczem. Dlatego też piosenki country brzmią w naszych uszach na długo po umilknięciu źródła dźwięku i świetnie się je śpiewa razem z wykonawcą, ale ich zaśpiewanie acapella jest naprawdę trudne.
Kolejna sprawa to instrumenty. Według mnie niewątpliwą zaletą country jest to, że grają ją „prawdziwi” ludzie, a nie komputery. Tak zawsze było, i mam nadzieję, że zawsze tak będzie! Zarówno chwytające za serce ballady, jak i „pędzące” piosenki do tańca wygrywane są na różnych gitarach, klawiszach i perkusjach, ale również na skrzypcach, banjo, czy harmonijkach ustnych, co daje fantastyczny efekt. Dość na tym, że jest to żywa muzyka, a reguły naturalnych, wypływających z wnętrza rytmów, w połączeniu z brakiem typowych białemu człowiekowi reguł tworzenia i odtwarzania muzyki sprawiają, że country pięknie buja!
To może jeszcze słówko o tym kogo posłuchać, aby posmakować w dobrym, szeroko docenianym country, czyli kto najlepiej Was wprowadzi w świat tej muzyki. Usłyszałam kiedyś fajne zdanie, że: „w muzyce tak naprawdę było tylko trzech – Elvis Presley, Bob Dylan i Johnny Cash”. Oczywiście jest to uproszczenie, bo autorowi chodziło (jak sądzę) o muzykę białego człowieka. Niemniej jednak w grupie największych w muzyce tej planety jest Johnny Cash. Zrobił masę świetnej muzyki i choć jest ona bardzo prosta i nie ma nic z tej tak ukochanej przez Europejczyków wirtuozerii, słucha się jej wspaniale. Pan Cash porywa umiejętnością opowiadania historii, a że mówią one o życiu, miłości, celach i potrzebach prawdziwego twardziela, prawdziwi faceci i kobiece kobiety słuchają go z niekłamaną przyjemnością.
Oczywiście solistów i zespołów country jest ogrom i nie jest moją intencją zarzucić Was ich nazwiskami i nazwami, ale nie podaruję sobie zasygnalizowania, że warto sięgnąć po zespół, który nazywa się Sugarland (ostatnimi czasy to mój absolutny faworyt). Grają klasyczne country, liderka ma przepyszny głos, ich muzyka bawi i wzrusza, a liczne kawałki podrywają do tańca. Słowem – to, o co chodzi w country! Polecam zwłaszcza płytę: „Twice the Speed of Life” – prawdziwa perła! Jeśli ktoś potrzebowałby dalszych drogowskazów zapraszam na POGAWĘDKI lub do KONTAKTU.
Mam nadzieję, że kogoś z Was przekonałam by sięgnął po country. Jestem przekonana, że Ci, którzy spróbują i uznają że było warto pozostaną fanami tej melodyjnej muzyki. W końcu 300 milionów Amerykanów nie może się mylić!!!