Smalec wieprzowy z leśnymi grzybami

Sezon grzybowy w pełni! Jedną z jego kulinarnych konsekwencji jest bigos z grzybami, na który przepis podałam na naszej stronie. Dziś czas na coś nieco bardziej zaskakującego.

W związku z urodzinami naszego średniego syna, zaprosiliśmy kilkoro dorosłych osób. Był to tzw. zestaw podstawowy: babcie, dziadkowie, ciocie oraz wujkowie, w liczbie która nie spowoduje zbytniego wstrząsu w organizmach takich samotników jak mój ukochany mąż i ja. Ponieważ wszyscy duzi goście naszego Witka mieszkają w miastach, postanowiłam że ugoszczę ich „po wiejsku”. Automatem zaplanowałam zimny bufet, na którym znalazły się pieczona biała kiełbasa, aromatyczna pieczeń ze schabu, czy niezła wiejska kiełbasa typu „do łapy”. Chciałam ich jednak czymś zaskoczyć i do tego potrzebowałam „gwoździa programu kulinarnego”! Poszukując go pomyślałam, że swoistym synonimem wsiowej przekąski jest chleb ze smalcem. Tyle że w każdym niemalże domu przygotowuje się smalec, więc uznałam że mój musi być wyjątkowy i absolutnie przepyszny. Zastanawiając się czym by tu „podrasować” mój smalec, tak by wywołał spontaniczne cmokanie i falę pochwał pod adresem mojej jakże skromnej osoby, zostałam przez moich chłopców wyposażona w pachnące, leśne grzyby. I tak oto zapadła decyzja w sprawie dopełnienia smalczyku.

Do przygotowania sporego kamionkowego garnczka tego specjału użyłam:

0,5 kg słoniny wieprzowej

0,5 kg boczku wieprzowego

2 spore cebule

sporo (nie ważyłam tych, które znalazły się w moim smalcu leśnych grzybów - maślaki, kozaki, podgrzybki i inne

Boczek i słoninę skroiłam drobniutko i umieściłam w osobnych naczyniach. Cebulkę skroiłam w drobną kosteczkę. Wypłukane i oczyszczone grzyby skroił mój ukochany mąż, również bardzo drobno. Myślę, że następnym razem wszystkie składniki przepuszczę przez maszynkę do mielenia, co pozwoli na dodatkową oszczędność czasu i w żaden sposób nie wpłynie na jakość, czy smak przyrządzanego smarowidła. Co do sposobu wytapiania, to z reguły smalec robi się partiami, tzn. wytapia się kolejne porcje i sukcesywnie zlewa się je do wspólnego naczynia. Gotując bardzo się staram, aby przygotowanie potraw nie zabrało mi zbyt dużo czasu i energii, znam bowiem co najmniej kilka bardziej porywających sposobów spędzania czasu od przysłowiowego „sterczenia przy garach”. Tym razem oszczędność czasu przyniósł mi wok (następnym razem będzie jeszcze lepiej, bo użyję maszynki do mielenia i woka!). Całą słoninę wrzuciłam do patelni żółtego człowieka i na niewielki gaz. Słoninkę należy raz po raz przemieszać. Kiedy w woku wytopi się już trochę smalcu (i kiedy zrobi się w nim dość miejsca) dorzucamy boczek i dalej mieszając, wytapiamy. (Wbrew pozorom smalec smalcowi nie równy, więc robiąc ten, który ma Wam smakować musicie zdecydować, czy wolicie bardzie, czy mniej spieczone skwarki. Jeśli nie mają być delikatne, kolejne składniki należy dodać zanim zrobią się złociste, a kawałeczki mięsa z boczku brązowe.) Tak więc, kiedy płynu nad skwarkami jest już sporo i – jak dla mnie - zaczynają dostawać koloru, dorzucamy skrojone grzyby. Udział grzybów w całym przedsięwzięciu powoduje, że po ich zetknięciu z wrzącym tłuszczem spada temperatura i do naszego smalcu dostaje się woda, dzięki czemu skwarki przez moment się podduszają, przez co są później naprawdę mięciutkie. Smalec wraz z grzybami smażymy dalej przez kilkanaście minut, stale mieszając. Na koniec do całości dodajemy skrojoną cebulkę i znów całość smażymy, aż cebula się zeszkli (zmięknie nie zmieniając koloru) lub aż się wysmaży (dostanie złotego, a nawet brązowego koloru). Moja była zeszklona. No i to właściwie koniec. Smalec trzeba jeszcze posolić i przemieszać, po czym zlewamy go do garnczka (miski) i odstawiamy do wystygnięcia.

Na naszej wiejskiej biesiadzie (swoją drogą niezapomnianej, bo bardzo ciepłej i rodzinnej) smalec został zwycięzcą plebiscytu na „najpyszniejszą rzecz jaką kiedykolwiek jadłam” i na „Boże już tyle zjadłem, ale muszę wcisnąć jeszcze kawałek!”. Z lubością patrzyłam jak goście zwyczajni do znakomitych wędlin wcinają pajdę za pajdą zastanawiając się, czy mam plan jak zapakować im trochę smalcu na wynos.

Muszę jeszcze wspomnieć, że cudownym dopełnieniem naszego biesiadnego stołu były różne ogórki (małosolne, kiszone i korniszonki), chrzan, doskonałe śliwki w occie mojej Babci, ale nade wszystko przepyszne, niepowtarzalne opieńki w occie mojego ukochanego Stryjka Tadzia. No cóż Babci i Stryja Wam nie wypożyczę, ale przepisem na smalec się dzielę i gorąco zachęcam do jego przygotowania!