Refleksja o cenach i wartościach

Co to znaczy „wartościowy”, a raczej jaką wartość uznać za naprawdę cenną?

Każdy ma coś, za co drugi nie dałby wiele, ale dla samego posiadacza jest to bezcenne. Odpustowy pierścionek ofiarowany przez pierwszą, podwórkową sympatię, łańcuszek z krzyżykiem po dziadku partyzancie, ciupaga, którą synek przywiózł z kolonii – wszystko tak niewiele warte w powszechnym pojęciu, a jednak szalenie wartościowe.

To, że pewne rzeczy dla nas cenne dla innych są bez wartości nie podlega dyskusji. Każdy z nas przecież wie o wartościach sentymentalnych, czy o sile wspomnień, zawartych w pozornie pozbawionych wartości przedmiotach. Dlaczego jednak te przedmioty z duszą traktujemy jak relikwie? Dlaczego chowamy je w głębokich szufladach, starych walizkach, czy na strychach, zamiast dumnie się z nimi obnosić? Odpowiedź wydaje się prosta: bo nosząc te rzeczy, czy ich używając nie zyskamy podziwu, czy zazdrości innych ludzi! 

Niestety z reguły w dziwnie przewrotny sposób staramy się wykreować swój wizerunek. Robimy bowiem wszystko, aby pokazać jak jesteśmy majętni, chcemy podkreślić, że znamy się na aktualnych trendach, swoim wyglądem staramy się zaświadczać o przynależności do jakieś grupy zawodowej, no i oczywiście wszystko co na siebie wkładamy, czym i jak się przyozdabiamy, czy jeździmy i w czym wozimy nasze potomstwo musi jak najwięcej kosztować! Wtedy jest super! Wtedy ludzie nam zazdroszczą! Wtedy  mamy poczucie, że jesteśmy „wartościowi”! No i właśnie dlatego jest SUPER!

Spróbujmy jednak zastanowić się, czy rzeczywiście, to co składa się na nasz wizerunek jest cenne i dlaczego?

Zacznijmy od najprostszego – ubrania. Nie od dziś wiadomo, że większa cześć ceny tak zwanych „markowych ubrań”, to marka. Sztab opalonych facetów w drogich garniturach pracuje nad tym, aby graficzny znak, który znajduje się na metce ubrania powodował ukłucie w sercu i zaciśnięcie się gardła, gdy nas na nie nie stać albo prostował nam plecy i unosił głowę – gdy już je na sobie mamy. Faceci ci wiedzą doskonale, że jeśli coś jest za tanie to jest podejrzane, bo jak wszystkim wiadomo „tania rzecz nie może być dobra”. Tyle, że w przypadku ubrań to się nie sprawdza, bo i tak wszystko szyją chińskie fabryki! Czyli mamy do czynienia z marketingiem w najczystszej postaci. Lokal w dobrym miejscu, piękne wnętrze, ładne, ładnie ubrane, uśmiechnięte i pomocne ekspedientki, znana twarz na ogromnym bilbordzie, opakowania z logo firmy, no i cena! Jak już zapłacę za to wszystko plus oczywiście złożę się na pensje dla opalonych facetów i na zysk twardych jak stonka prezesów firm, to czuję się „kimś”! I płynę przez pasaż handlowy albo deptak letniego kurortu i lśnię na spotkaniu towarzyskim i wkraczam na zlot rodzinny i wszyscy patrzą na mnie i chcą się ze mną przyjaźnić i spijają każde słowo z moich ust, jak ptaszki z dziubka, bo przecież „jestem od nich lepszy”! A wystarczy zdać sobie sprawę, że ten kto wywalił grubą kasę na swoje markowe fatałaszki jest w gruncie rzeczy frajerem, bo dał się złapać na najprostsze chwyty marketingowe, których uczą na pierwszym roku każdej uczelni ekonomicznej.

Następną kwestią są trendy w modzie. Proponuję zwrócić uwagę, że to co jest modne w naszym pięknym kraju lub też w naszym kraju i krajach ościennych w ogóle nie pojawia się w zestawach odzieży „świata zachodniego”. Niestety my narody postkomunistyczne chłoniemy jak gąbki i to w ekspresowym tempie wszystko to, co np. w Europie zachodniej działo się przez 50 lat. Cały postęp jaki miał miejsce w wolnej części kontynentu, teraz następuje ze zwielokrotnioną prędkością w Polsce, jest nieuchronny i musi się zadziać, bo nadrabiamy przecież „stracony czas”. Jako doskonały rynek jesteśmy bombardowani coraz to nową stylistyką, tylko po to żebyśmy nie przestali kupować. Te wszystkie dziwactwa w kroju, zróżnicowane w niewytłumaczalny sposób długości, kolorystyka – ta właśnie a nie inna dominująca, a nawet jedyna dopuszczalna w danym sezonie, w następnym jest już nie do przyjęcia! A wszystko po to właśnie, abyśmy nie przestali kupować. A kupujemy, żeby być trendy. A jak jesteśmy trendy to jesteśmy strasznie fajowi! Jesteśmy „kimś”. Dla poparcia mojej tezy zachęcam abyście zwrócili uwagę jak dziś ubrani są Europejczycy, czy Amerykanie. Zapewniam, że podczas oglądania niedawno zrobionego filmu lub też na podstawie obserwacji wiadomości w telewizorze (no nie żebym namawiała do jego oglądania, ale jak już oglądacie – a wiadomo, że oglądacie, to zwróćcie uwagę), nabierzecie przekonania, że trendy są dla goniącej peleton części Europy.

Po drugie, co do tych trendów, zadajmy sobie pytanie: „Kto kreuje modę”? Kim są kreatorzy, projektanci i styliści mody? Niestety w większości to również są produkty marketingowe, wykreowane marki. Nie jestem i nie chcę być ekspertką w dziedzinie mody jako - nazwijmy to nieco na wyrost -  „dziedzinie sztuki” i nie o takiej modzie jest tu mowa. Chodzi mi raczej o tę użytkową modę, która pozostaje w zasięgu naszej ręki, i którą  znaczna części społeczeństwa rozpowszechnia, ku uciesze samozwańczych kreatoro-projektanto-stylistów (w skrócie "kps"). Myślę, że tworzenie czegokolwiek jest dobre, więc i praca naszych kps-ów jest dobra, ale tu chodzi o nasz wgląd! Nie można zatem ślepo wierzyć jakiemuś zakompleksionemu facetowi, czy chciwej, puściutkiej jak bęben panience z telewizora, że ładne jest to, co oni uważają za ładne. W zamian polecam genezę: „Po co ludzie tak starannie dobierają strój”?, „Po co się stroją”? – no oczywiście po to, żeby być atrakcyjnym dla otoczenia i płci przeciwnej. Jak więc mężczyźni homoseksualni (a tacy dominują w tej branży) mogą doradzać kobietom, jak być atrakcyjną dla innych mężczyzn? Przecież im kobiety się nie podobają, a wręcz są dla nich konkurencją! Omawiana grupa kps-ów nie uważa, że pokaźny biust i stercząca pupa są piękne, więc nie będą ich eksponować w swoich kreacjach. A spytajcie któregokolwiek heteroseksualistę, czy wspomniane atrybuty kobiecości są atrakcyjne i czy warto je podkreślać? Tym samym zalecam ostrożność przy doborze autorytetów w dziedzinie „dobrego stylu”.

Na koniec jeszcze słów kilka o biżuterii. Oczywistym jest fakt, że jest biżuteria „markowa” i do takiej poprzednie uwagi dotyczące ubrań mają pełne zastosowanie. Chociaż w przypadku ozdób właśnie, jeszcze trudniej mi zrozumieć, czym kieruje się człowiek, który wydają grube pieniądze na obrączki ślubne, czy pierścionek z etykietką znanej firmy jubilerskiej, skoro dokładnie takie same kosztują połowę w sąsiednim sklepie, tyle że tam sprzedaje się je bez „etykietki”. Mistrzostwem świata są zegarki! Czy taki, który kosztuje kilka tysięcy lepiej pokazuje czas od tego za stówę? No i wreszcie kamienie szlachetne! Rozkosznie kokieteryjne panie zwykle mówią, że „…są sroczkami i uwielbiają brylanty…”. Tyle, że gdyby położyć przed naszymi ptaszynami cyrkonię i brylant tej samej wielkości, w życiu by ich nie odróżniły. No więc czy te drogie kamyczki są warte swej ceny? Dla mnie nie, a dla Was?