Co najpierw przychodzi Wam do głowy, kiedy myślicie "święta", dla ułatwienia zróbmy sobie - kiedy myślicie "Święta Bożego Narodzenia". Może śnieg? Może choinka z jej bezsporną urodą, urokiem, zapachem? (Nie, ładny zapach to raczej nie! Wszak niektórzy wyciągają ze śmierdzącej piwnicy plastikowego potwora o bliżej nieokreślonej barwie, za to o doskonałym kształcie, którego nie podobna znaleźć w lesie, bo „to takie praktyczne, nie przesadzaj Bogdan przecież nie ma sensu co roku latać za drzewem, które oblata i tylko sprzątania mam więcej!”.) Może dobre jedzenie? Może nieczęsto oglądana rodzina w komplecie? Może… Ja jednak myślę (i oto zachęcam wszystkich do pomyślenia) o cenie jaką trzeba zapłacić za to, żeby kilka osób przez parę godzin miało poczucie, że są lepsi, niż w rzeczywistości są.
Po pierwsze koszt. Zapewne ci, którzy piszą i czytają blogi tuż przed świętami nie organizują świąt (czyt. nie wyprawią u siebie), bo zwyczajnie nie mieli by na to czasu, nie wiedzą więc ile kasy trzeba wydać, żeby kupić całą tę górę jedzenia? Biedne gospodynie i gospodarze odkładają, zadłużają się, wielu rzeczy sobie odmawiają tylko dlatego, że przyjęło się, że w święta trzeba się solidnie napchać! Do tego wszyscy (tu nieco sprawiedliwiej, bo mowa jest o kosztach, które obciążają nie tylko gospodarzy) muszą kupić te prezenty! Niby fajnie i miło jest dawać i dostawać, ale dlaczego właśnie w święta?! Jeżeli dorzucimy do tego, że z racji spotkania "bliskich ze względu na różne kryteria" trzeba czymś błysnąć - a to nowymi kolczykami lub sikorem za kilka paczek, a to nowiutkim 3-letnim autkiem (tu od razu muszę dodać, że w czasie świąt faceci obowiązkowo wyłażą z domów żeby obejrzeć "to cacko"), a to ciuchami dzieciarni, której specjalnie na tę niepowtarzalną okazję idiotycznie przylizuje się lub stawia włoski - zbiera nam się całkiem pokaźna sumka, którą z powodzeniem można by spożytkować na coś znacznie wartościowszego albo przynajmniej nie akurat teraz!
Po drugie czas. Ilu z Was w furii próbowało się przedostać przez miasto ogarnięte "gorączką zakupów" albo siniało z braku tlenu w molach, a wszystko w imię realizacji świętej misji Świętego Mikołaja? Dla pocieszenia powiem, że to jeszcze nic w porównaniu ze stratą czasu poświęconego na przygotowanie świąt w domu, nazwijmy go "biesiadnym"! Przede wszystkim, bo zaczyna się przed wszystkim innym - sprzątanie. Koniecznie przecież trzeba umyć okna „jezu muszę się wreszcie wziąć za okna, bo tylko ja w naszej klatce/bloku jeszcze nie umyłam”, a skoro okna są umyte, to nie można nie wyprać firan, „bo tych czystych okien nie będzie widać”, wyprać pościel i dywany, wypastować podłogi „żeby dom pachniał świętami” (ten numer lubię szczególnie, za moc przymusu!), wymyć kryształy i inne durnostojki, wykapać psa i jego pana, itd. Następnie kupowanie produktów na potrawy świąteczne - to samo co powyżej o korkach i zatłoczonych molach tyle, że razy 2, bo i prezenty i kupowanie jedzenia.
Dalej gotowanie. Pamiętam jak moja biedna rodzicielka sterczała przy garach 3-4 dni i noce, starając się zrealizować uprzednio skrupulatnie zebrane zamówienia na ulubione potrawy pokaźnej grupy świątecznych darmozjadów, tylko po to, by te darmozjady napchały się i po zdawkowym „było pyszne”, odepchnęły od siebie talerze i udały się do swoich domów, by przed telewizorami (jak co roku: Kevin sam w domu i rozkoszne "kolędowanie" z tymi samymi samozwańczymi gwiazdami), rozpocząć mozolny proces trawienia nadmiaru pokarmu. (Właśnie w radiu Kasia Skrzynecka powiedziała, że z przyjemnością odda się przygotowaniom świątecznym - jakie to słodziutkie taaaka gwiazda, a też szoruje podłogi i sterczy przy garach.)
Po trzecie (jakbym skończyła na "po drugie" to by było jakoś tak głupio - żartuję naprawdę jest "po trzecie"!) przymus odbębniania wizyt. Niezwykle często spotykanym zjawiskiem jest „Boże jak mi się nie chce tam iść lub z nim/z nią/z nimi spotkać” - no to po jaką cholerę tam leźć??!!
A teraz co o świętach myśli MARWIN WORKSHOP: uwolnijcie się od przymusów ludzie! Nic nie musicie - jesteście (mam nadzieję, że wszyscy jesteście) dorośli. Pewnie, że trzeba pokazać się u mamy na wigilii, ale to też nie jest rzecz abolutnie nieodwołalna. Od wzmiankowanej wizyty można bowiem odstąpić, bo w życiu zdarzają się różniste okoliczności, które w tym, czy w innym przypadku mogą uniewmożliwić odwiedzenie domu rodzinnego. No cóż jestem również przeciw obowiązkowi bezkompromisowego, świątecznego wybaczania wszystkim i wszystkiego!
Podsumowując.
Jeżeli mierzi Was trawienie czasu w "gonitwie za prezentami", to ich nie kupujcie! Co się stanie? Obgadają Was - no to super! Uznajmy, że będzie to przypadek "nie ważne jak o tobie mówią, ważne że mówią". I już! Przynajmniej raz znajdziecie się w centrum uwagi.
Jeżeli kochany statystyczny Bogdanie masz żonę (a według statystyk masz), to uwolnij ją od gotowania. Broń boże nie proponuję żebyś sam gotował, bo wtedy już nigdy nie zajrzał byś do mojego pisania, uznając mnie za nawiedzoną feministkę. Po prostu nie gotujcie oboje. Lepiej przecież zjeść byle co (jemy po to żeby żyć!) albo przygotować jedną smaczną rzecz, a w zamian za godziny spędzone na zakupach i nad bulgoczącymi kotłami, wykorzystać czas na jakieś bezsporne przyjemności.
Jeżeli uzasadnieniem przymusu jest potrzeba kultywowania tradycji, w tym zwłaszcza uczenie jej dzieci, to proponuję podejście, że uczycie ich przede wszystkim owego przymusu, którego sami tak nie znosicie i nie umiecie się wyzbyć.
Oczywiście nie namawiam do rezygnacji ze wszystkiego, co niosą ze sobą te święta. Ja przykładowo uwielbiam choinkę - coroczny wybór spośród tych, które rosną w naszym ogrodzie, ubieranie i rozbieranie, a nade wszystko światło jakie dają lampki i połyskujące bombki. Tyle, że choinkę można sobie ubrać w dowolnym momencie roku, co tyczy się wszystkich tych świątecznych rzeczy, które sobie wybierzecie. POLECAM!!