Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać

Jedną z fundamentalnych rzeczy w moim życiu jest wierność. Wierność sobie i bliskim, zasadom i postanowieniom, a nade wszystko wierność partnerowi.

Jakoś tak się w świecie porobiło, że wierność przestała być w cenie. Wręcz fajnie jest zdradzić i się nawrócić, a już najfajniej jest zostać zdradzonym i... wybaczyć. No, wybaczyć jest już SUPER FAJNIE! Na co dzień i od święta jesteśmy utwierdzani w tym, że każdemu może się zdarzyć błąd, no i jakże na miejscu jest wtedy być człowiekiem wzniosłym, który podaje rękę. Tak mówi telewizor (nie oglądam), bo w każdym idiotycznym, goniącym w piętkę serialu, ktoś kogoś zdradza. I wtedy ona (on) miota się jakiś czas, po czym najnormalniej w świecie wybacza i dalej sobie żyją, jakby się nic nie stało.

O ile pamiętam z dzieciństwa o konieczności wybaczania mówi też kościół (stosunek jak do telewizora) - cóż może zrobić innego skoro nie dopuszcza rozwodów. Przecież jeśli hołubiony przez religię katolicką mężczyzna puści się na boku, no to trudno, krew nie woda i takie tam. Wybaczyć trzeba, bo święty sakrament małżeństwa, bo dzieci, bo inne niepodważalne wartości, którymi ostatnimi czasy wszyscy dopuszczeni do głosu wycierają sobie gębę.

W moim otoczeniu też są zdrady. Jedną historię znam dogłębnie. Typowe małżeństwo AB+2, staż coś około 8 lat. Nie da się powiedzieć żeby było jakoś specjalnie udane (bo to w ogóle nieczęsto się zdarza). Ot po prostu takie tam sobie osiedlowe kochanie, które skończyło się przed ołtarzem w sukni a'la tort bezowo-kremowy i weseliskiem, które starzy musieli potem spłacać przez 2 lata. Ona była bardzo zadowolona (nie mylić ze szczęśliwa), bo stopa życiowa jej się podnosiła, tj. było co raz więcej tego, czym można się pochwalić, a jak statusik rośnie, to i otoczenie się zmienia - na takie z dużymi stopami, więc jest się przed kim chwalić. Jakoś nie przyszło jej do głowy, że lepiej by było mieć w domu męża, niż wielki srebrny telewizor. Tak więc sobie żyli, aż tu nagle (żeby było ohydniej to przy tych świętach na końcu roku), ON wstawiony wódeczką świąteczną ciapniętą z teściem, bełkocze coś do telefonu: "że juużż siiiee nie boii, że wwszysssko jej powie, itd.". Na to ONA: "że czego się nie boisz i co mi masz do powiedzenia". A on "że ma kogoś, że odchodzi w siną dal i zabiera jedno z dzieci" - żeby było jeszcze ohydniej to sobie wybrał które!. No i potem wiadomo: wyprowadzki, potajemne wynoszenie rzeczy z domu, wyzwiska, obelgi, wizyty u adwokatów - cały ten syf; przy czym dla mnie syf miał dopiero nadejść.

W tym miejscu - a jakże, następują przemiany życiowe, typu ona chudnie i ogólnie się wylaszcza, chadza z kumpelami (też z odzysku) na balety, znajduje sobie pracę - staje na nogi. On dowiaduje się, że ta jego nowa baba wcale nie jest w ciąży (jak twierdziła), tylko najnormalniej w świecie uznała, że czas ucieka (ostatnio na torcie miała już ponad 30 świeczek), a on jest zaradny i niebrzydki, ale najważniejsze, że jest zaradny i te stopy umie podnosić.

W trzeciej odsłonie tego typowego spektaklu nasi małżonkowie zaczynają się z wolna schodzić i w końcu on triumfalnie powraca na łono rodziny, na której przecież zależy mu najbardziej na świecie, i już nigdy, przenigdy, i wszystko ci wynagrodzę, i o dziwo "kocham cię" - czego ona wcześniej prawie nigdy nie słyszała. Dość na tym, że przyjęła go z powrotem. I to właśnie uważam za rzecz nie do przyjęcia. Zdradziłeś to spadaj!!! I to nie tylko wtedy, gdy to ja zostałam zdradzona. Spadaj jeśli zdradzałeś (-łaś) kogokolwiek. Nie gadam ze zdrajcami, nie siadam z nimi do jednego stołu, nie udzielam i nie korzystam z pomocy, w ogóle skreślam!

Tym czasem ONA pojawiła sie w moim domu na krótko po tym, jak JEGO bajeranckie auto znowu zaczęło parkować pod ich wspólnym (onegdaj) mieszkaniem. Więc JĄ pytam: "przestań ściemniać o wszystkim i o niczym, tylko mów jak na spowiedzi, czy znowu jesteście razem?". A ONA: "że próbują, że dała mu ostatnią szansę, że ON naprawdę się stara, że to przecież wcześniej się nigdy nie zdarzyło...". Dodała jeszcze, że robi to głównie dla dzieci. Brawo!!! Utrwalanie w kolejnym pokoleniu, że zdrada uchodzi na sucho, i że tata zdrajca nadal może być wzorcem osobowym dla swojego potomstwa, jest rzeczą z kategorii - ŚWIECIE DOKĄD DO CHOLERY ZMIERZASZ??!! Nie daję więc za wygraną i pytam: "powiedz mi jedno, czy jak się z nim kochasz, to myślisz o tym, co się wydarzyło? Czy myślisz o tym, że jeszcze niedawno patrzył w takiej sytuacji na inna babę?" Pytam "czy nie boi się (i tu już mam ubaw, a co! wolno mi się z niej śmiać - skoro nią gardzę, to i wszelkie lżejsze emocje też są dopuszczalne), że zawoła ją z kuchni imieniem tamtej". Na to ONA (to jest najlepsze!): "a bo ty jesteś taka szczera i tak wprost pytasz o takie rzeczy!", czytaj "wszyscy moi znajomi udają, że nic się nie stało, co więcej ja udaję, że nic się nie stało, a nawet zaczęłam już w to wierzyć, wcześniej przy dzieciach wyzywałam go od najgorszych, ale teraz jedziemy razem na narty i będziemy się świetnie bawić i on będzie tak rozkosznie podrzucać te kule ze śniegu, a ty tu takie...".

Na pewno dla większości powyższa historia jest dobrze znana (bezpośrednio, z pierwszej, drugiej, czy trzeciej ręki) i pewnie większość ze zrozumieniem odnosi się do postawy owej ONEJ. Ja nie! Dla mnie JEJ postawa jest równie paskudna jak JEGO. No cóż oceńcie sami. Zachęcam jednak do tego, żeby ich i im podobnych potępiać, jako rodzice, dzieci, przyjaciele i w każdej innej konfiguracji. Nade wszystko jednak LUDZIE NIE ZDRADZAJCIE!!! Dobierajcie się tak, żebyście nie musieli, i tyle.